130. rocznica śmierci Bł.Edmunda Bojanowskiego

7 sierpnia 2001 r. 


Kazanie wygłoszone przez Księdza Infułata Mariana Fąkę w 130. rocznicę śmierci bł.Edmunda Bojanowskiego w dniu 7 sierpnia 2001 roku



Górka Duchowna zaiste miejsce święte, miejsce, które od wieków obrała sobie w Obrazie łaskami słynącym Matki Bożej Pocieszenia, aby nikt, kto Jej pomocy wzywał, kto Jej pociechy potrzebował nie był przez Nią opuszczony.
O gdyby mogły przemówić te mury i ten Obraz, przed którym przez wieki klękały dusze złamane, przygniecione ciężarem życia, pogrążone niekiedy w beznadziejności, może usłyszelibyśmy ile pociechy, osłody duchowej, ile nadziei i siły ducha doznały od Tej, którą nie bez racji zwiemy „Pocieszycielką strapionych".
Pod Jej opiekuńczymi skrzydłami, ze spojrzeniem zachodzącym mgłą konania oddał tutaj swą duszę Bogu, ciało ziemi, a serce przez przeczyste ręce Niepokalanej Matki Bożej założonemu przez siebie Zgromadzeniu zakonnemu Sióstr Służebniczek Maryi Edmund Bojanowski, wyniesiony na ołtarze jako błogosławiony.
Miało to miejsce 130 lat temu, dokładnie 7 sierpnia 1871 r. o godz. 21.30.
To tutaj, w Górce Duchownej, na plebani swego przyjaciela Ks. Gieburowskiego znalazł w kilkunastu miesiącach swego utrudzonego życia ten święty człowiek schronienie.
Z okna swego pokoju na piętrze słał swoje spojrzenie ku Tej, która od pierwszych chwil życia towarzyszyła mu we wszystkich poczynaniach, której zaufał bezgranicznie, w imię której prowadził dzieło swego życia, i o której mówił, że bez niej trudno byłoby żyć na świecie.
Gdy ktoś umiera, wypowiada zwykle swoją ostatnią wolę, to co leży mu najbardziej na sercu, to co chciałby przekazać swoim bliskim. Ludzie pytają zwykle: co mówił? Z kim się żegnał? Co im pozostawił? Bł. Edmund załatwiwszy wszystkie ziemskie sprawy, wypowiedział swą ostatnią wolę, swoją troskę o przyszłość zgromadzenia, o jego ducha
i dynamizm apostolski wobec przełożonej gen. M. Elżbiety Szkudłapskiej.
Usłyszała ona najpierw:
„Co zawsze polecałem, dziś powtarzam: przede wszystkim zalecam prostotę. Dopóki ta w Zgromadzeniu trwać będzie, dopóty będzie z nim błogosławieństwo Boże".
Prostota to ta naturalność, to serce na dłoni, które ułatwia podejście do każdego człowieka, która w każdym, nawet najbardziej pogardzanym przez świat pozwala widzieć dziecko Boże. W pojęciu bł. Edmunda prostota to objawienie tego, co w człowieku jest dobre, piękne, wzniosłe, jednym słowem Boskie.
Bo człowiek prosty jest otwarty na Boga, ma świadomość Jego obecności we wszechświecie i w każdym człowieku. A zatem według Niego trzeba być naturalnym, spontanicznym, niereżyserowanym, nie skomplikowanym i tu wzorem jest dziecko, które zawsze na zewnątrz ujawnia to, co jest w jego wnętrzu.
Dlatego dziś, kiedy cały Kościół wzywany jest przez Ojca św. do nowej ewangelizacji, uświadamiamy sobie, że ewangelizować prawdziwe mogą ludzie ewangeliczni, czyli prości, czyli otwarci na Boga i na drugiego człowieka.
Ale na życzeniu prostoty w zgromadzeniu nie zakończył się duchowy testament bł.Edmunda.  
Oto Matka Elżbieta usłyszała nadto pamiętne słowa:
„Gdybym tu miał zgromadzone wszystkie siostry, to bym im ustawicznie powtarzał za św. Janem: siostry moje kochajcie się, kochajcie się!"
Życie nauczyło go, jak bardzo potrzebna jest miłość w każdej wspólnocie: w rodzinie, w społeczeństwie, a tym bardziej we wspólnocie zakonnej. Wszak miłość jednoczy, a nie dzieli. Miłość jest słońcem życia i słońcem każdej wspólnoty. Miłość pozwala przezwyciężyć wszelkie trudności, nadrobi wszelkie braki, bo „miłość wszystko zwycięża, wszystkiemu podoła".
Sam czerpał tę miłość z Boga, dzięki niej stawał się „serdecznie dobrym człowiekiem". Czyż można się dziwić, że tej miłości wzajemnej tak bardzo pragnął dla swoich służebniczek!
„Siostry moje, kochajcie się!” Powie niejedna z was: piękne i wzniosłe słowa. A przecież nie zawsze bywa to łatwe mam kochać tę siostrę, która jest obok mnie, która klęczy w jednej ławce w kaplicy zakonnej, która jest ze mną przy jednym stole w refektarzu, a może w tym samym pokoju? Przecież ona jest taka inna, ma inne zainteresowania, inaczej myśli, ma inny styl bycia, tylko czasem się uśmiechnie, rzadko do mnie przemówi, tyle ma do mnie pretensji. A przecież to moja siostra!
Ojciec Założyciel zakończył swój duchowy testament słowami: „Reszty nauczy was Duch Święty!” Był bowiem przekonany, że to Duch Święty uzdalnia do rozpoznawania znaków czasu, potrzeb Kościoła i świata. I On naprawdę was uczy. Uczył i uczy każdą z was, począwszy od wyboru drogi życiowej, poprzez realizację życia zakonnego i pełnione posługi. Uczy was życia modlitwy, życia ofiary i poświęcenia, otwierania się na wyzwania dzisiejszego świata, uczy prawdziwego apostolstwa, radosnego oddawania siebie Bogu i ludziom.
Uczy was już przez całe 150 lat.
I wtedy, gdy na skutek zakazów zaborczych zmuszone byłyście żyć w rozproszeniu, pozostając wierne powołaniu:
- i wtedy, gdy z narażeniem życia trzeba było spieszyć z pomocą rannym na polach bitew, jeńcom, uciekinierom, kiedy indziej wysiedlonym ...
- i wtedy, gdy epidemie pochłaniały tyle ofiar ludzkich; ileż to tych mogił siostrzanych, będących krzykiem do Nieba!
- i wtedy, gdy w ochronkach trzeba było chronić małe dzieci przed trucizną zepsucia i niewiary,
- i wtedy, gdy w Służbie Zdrowia trzeba było spieszyć z pomocą każdemu cierpieniu ludzkiemu; w szpitalach i domach starców, - i wtedy, gdy w nowych już czasach Duch Święty kierował was na prace misyjne.
Gdzie was dziś nie ma? Zna was dziś niemal cała Europa. Jesteście w Afryce zna was Zambia, RPA, Kamerun; zna was Ameryka Południowa, Brazylia, Boliwia i Meksyk. Nie jest wam już obca Rosja, Białoruś, Ukraina, Kazachstan, Mołdawia.
Za Ojcem św. chciałbym dziś powiedzieć: „Dobrze, że jesteście i oby was było jak najwięcej".
Wiecie dobrze, że wierność założeniom i kontynuacja dzieła bł. Edmunda winna się realizować w sposób odpowiadający znakom czasu. Założyciel pozostawił wam bowiem charyzmat, a nie struktury. Stąd rozszerzenie służby poza środowisko wiejskie nie było sprzeniewierzeniem się zamysłowi Założyciela. Nędza wraz z rozwojem przemysłu przesunęła się do miast, w środowiska robotnicze. Tam pojawiły się nowe problemy społeczne związane z ubóstwem materialnym i duchowym. Należało im wyjść naprzeciw, by służyć rodzinie, narodowi, Kościołowi, a w nich szczególną troską otaczać najuboższe dzieci, chorych i starców.
10 sierpnia 3 dni po śmierci Edmunda, mieszkańcy Górki Duchownej odprowadzili uroczyście kondukt pogrzebowy do figury za wsią, gdzie nastąpiło ostatnie pożegnanie. Dalej powieziono trumnę do Jaszkowa k. Śremu, gdzie spoczął w podziemiach kościoła przy nowicjacie Służebniczek Maryi.
Spełniając życzenie zmarłego, Ks. Brzeziński, pożegnał w jego imieniu Służebniczki, dziękując Bogu za to, iż we wszystkim stały się bogate Chrystusem.
I życzył, a życzenie to jak echo odbija się dziś i w naszych duszach: „Trwajcie w służbie, do której was łaska Boża powołała, z wszystkich służebnic Maryi najmniejszymi się mieniąc".
A Ty, Najświętsza Pani Górecka, któraś 130 lat temu wprowadzała w niebieskie podwoje swego umiłowanego czciciela i przedstawiała go Synowi Twojemu, Jezusowi Chrystusowi, nie przestawaj umacniać nas na drodze naszego powołania i wierności charyzmatowi bł.Edmunda.


Kazanie wygłoszone przez Księdza Infułata Mariana Fąkę z okazji 130. rocznicy śmierci bł. Edmunda Bojanowskiego podczas Wielkiego Odpustu Matki Bożej Pocieszenia w Górce Duchownej transmitowane przez Radio Maryja w dniu 27 sierpnia 2001 r.


Od stóp Matki Boskiej Pocieszenia w Górce Duchownej, jednego z najstarszych sanktuariów maryjnych na ziemiach polskich, gdzie 130 lat temu pod czułym spojrzeniem Matki Najświętszej dokonał swego zbożnego życia bł. Edmund Bojanowski ślę Wam wszystkim braterskie pozdrowienie.
Patrzymy dziś na niego jako na wielki dar Ducha Świętego dla Kościoła Powszechnego, a dla Kościoła w Polsce w szczególności. Przeszedł do naszych polskich dziejów jako wielki społecznik, apostoł dzieci, obrońca rodziny, zatroskany nieustannie o to, jak zapobiec ludzkiej biedzie, jak ocalić kulturę i wiarę ludu wiejskiego, jak podnieść moralność chrześcijańską.
A ta bogata praca społeczna miała swe źródło w jego bogactwie duchowym, w jego świętości. Pod macierzyńskim spojrzeniem Pani Świętogórskiej każdego dnia głęboko wchodził w Ewangelię, odczytywał z niej Boże wezwanie i rozpoznawał znaki czasu.
Był najpierw mężem modlitwy. Miłość do Boga i człowieka dojrzewała u niego na klęczkach, ażeby potem wydać owoce.
Świadom słów Chrystusa, że „Królestwo Boże w was jest", odnajdywał i odkrywał to królestwo Boże najpierw w swojej własnej duszy.
Ale odkrywał je także w życiu swojego Narodu, który stał się wówczas pastwą trzech potęg rozbiorczych w tym Narodzie upokorzonym, zdeptanym, upośledzonym ekonomicznie, sprowadzonym do społecznej i gospodarczej ruiny. Wzrok wiary pozwolił mu widzieć w tym polskim ludzie Boże moce, Boże energie.
Fizycznie był słabego zdrowia, ciągle musiał pokonywać własną słabość z powodu postępującej gruźlicy płuc. Ileż za to było w tym wszystkim hartu ducha!
Nie był też człowiekiem majętnym, bo choć z pochodzenia ziemianin, był jednak bardzo miernie usytuowany.
Nie zawsze był też rozumiany, bo przecież był człowiekiem świeckim, dlatego patrzono na jego działalność apostolską jako na coś co najmniej dziwnego, zwłaszcza gdy zakładał ochronki dla dzieci i angażował do pracy w nich dziewczyny wiejskie. Pytano, czy on ma w ogóle prawo, czy nie idzie za daleko, czy to nie jakiś heretyk? Czy to wypada, czy to jest przyzwoite, by jako człowiek świecki, samotny kawaler, zajmował się wiejskimi dziewczynami, uczył je, był ich duchowym ojcem, pisał dla nich reguły zakonne? Przecież to była domena księży, a on się wychylał, wychodził poza schematy. Dziś powiemy, że on patrzył na świat spod ambony, dlatego widział go trochę inaczej niż ludzie na ambonie. Brał po prostu życie takim jakim jest i dawał swoje życie nic za to nie chcąc.
Doradzano mu, żeby się choć postarał o święcenia kapłańskie co wzmocni jego prestiż, stawi go w lepszym świetle. Próbował tego w wieku 55 lat; wstąpił w tym celu do seminarium duchownego w Gnieźnie; marzył o tym, by móc choć jedną Mszę św. odprawić dla sióstr, ale postępująca choroba płuc zamknęła mu drogę do kapłaństwa, toteż w przeddzień swojej śmierci tu w Górce Duchownej powie: „Teraz rozumiem, że Bóg chciał, abym umierał w stanie świeckim".
I właśnie jako chrześcijanin świecki umiał odkryć myśl Ewangelii stosownie do swoich czasów i umiał patrzeć w przyszłość.
Widział przede wszystkim biedę i wziął ją sobie głęboko do serca. Wprawdzie nie było to wówczas odkrycie bo wszyscy widzieli, że jest dużo dzieci biednych, zaniedbanych. Ale jego odkrycie polegało na tym, że dojrzał też siły społeczne, które trzeba powołać, aby tej biedzie chociaż trochę zaradzić. Angażował mianowicie wiejskie dziewczęta, w których drzemał potencjał miłości, a które tułały się po służbie u bogatych, pozostając często bez pracy, nie umiejąc czytać ani pisać, zagrożone materialnie i duchowo, zagubione w wiejskiej nędzy. Przy ich pomocy organizował więc ochronki dla wiejskich dzieci, zakładał liczne czytelnie, wypożyczał książki z własnej biblioteczki, sam układał wiersze dla dzieci, piosenki, opowiadania i zabawy edukacyjne. Ewangelizował środowisko poprzez środowisko.
W końcu porwał się na dzieło niezwykłe. On człowiek świecki, wbrew wszelkim ustaleniom, zwyczajom, tradycjom, zakłada żeńskie zgromadzenie zakonne „Służebniczek Maryi", by wpatrzone w Służebnicę Pańską i człowieczą służyły Bogu i człowiekowi. Pisze dla nich odpowiednie regulaminy, głosi konferencje, upomina, poucza, naraża się na wiele trudności, kłopotów, ale wszystko przezwycięża bo zawierzył Bogu.
I siostry służebniczki poszły od serca swego Ojca do tych sierot w ochronkach, a przez te sieroty trafiły do starców i opuszczonych, do chorych, cierpiących, do wszystkich potrzebujących. Zaczęła się wielka praca, praca Ducha Bożego i ducha ludzkiego. Służebniczki bł. Edmunda wpatrzone w Służebnicę Pańską szły poprzez swoje placówki w postawie służebnej. Gdzie ich dziś nie ma! Są w kraju i za granicą. Zgodnie ze swym charyzmatem włączyły się też w pracę misyjną na kontynencie afrykańskim i w południowej Ameryce. Kilka lat temu podjęły również pracę w Rosji, na Białorusi, Ukrainie, w Kazachstanie, Mołdawii, a ostatnio także na Syberii.
I to dzieło Założyciela trwa już z górą 150 lat, przynosząc obfite owoce. Wystarczy wspomnieć, że jedna z jego córek duchownych służebniczka starowiejska s. Katarzyna Faron została wspólnie z Założycielem wyniesiona do chwały ołtarzy jako błogosławiona męczenniczka, zmarła w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Druga również służebniczka starowiejska s. Leonia Nastał oczekuje ukończenia swego procesu beatyfikacyjnego.
Maria Winowska w swojej publikacji nazwała bł. Edmunda „prekursorem Soboru Watykańskiego II", bo jakże wyprzedził czasy tego Soboru, w którym sprawa apostolstwa świeckich doczekała się tak gruntownego podjęcia i potwierdzenia.
Jego przykład mówi, ile dobra może zrobić w Kościele chrześcijanin świecki, niekoniecznie zakładając zgromadzenie zakonne. Jak od jednego człowieka, jego głębokiego przeżywania wiary, jego świadectwa miłości Boga może zależeć wiele.
Byle tylko wszedł w Ewangelię, zrozumiał Chrystusa i tego Chrystusa przenosił w swojej pracy społecznej, zawodowej, szkolnej czy kulturalnej, czy w innym obszarze działania, i inspirował całą sferę rzeczywistości ziemskiej Ewangelią. Jakże ważne jest, by świeccy poczuli się Kościołem, a nie tylko biernie przynależnymi do niego. Mówi się, że polski laikat pozostaje uśpionym olbrzymem i ogromnym niewykorzystanym potencjałem Kościoła.
Prosimy Pana i Niepokalaną Matkę, aby wspaniała postać bł. Edmunda była dla nas wszystkich natchnieniem. Natchnieniem żywym do szukania Królestwa Bożego w naszej epoce i w naszym warunkach.
Jak bł. Edmund, winniśmy i my odczytywać znaki czasu. Potrzeby są równie wielkie. Takich sierot jak wówczas jest i dziś wiele i jeszcze biedniejsze. Bo oprócz sierot, które nie mają ojca i matki są półsieroty dzieci rodziców rozwiedzionych, a za czasów Edmunda nie było rozwodów. A są przecież jeszcze tzw. sieroty społeczne, kiedy mimo że rodzice żyją, nie mają tych rodziców, bo są oni pozbawieni władzy rodzicielskiej, gdyż nie są zdolni dzieci wychować.
Dzisiejsi biedni to często młodzież i dzieci pozbawione miłości i rodzicielskiej troski, zdeprawowane przez telewizję, środowisko, własny dom rodzinny, wykorzystywane seksualnie, bite, zagrożone narkomanią i alkoholizmem. Ubodzy to również ci, dla których życie straciło wartość i sens. A ile trzeba wiary, zaangażowania, osobistego taktu, by być pomocnym ludziom chorym i samotnym.
Rodzinie zakonnej bł. Edmunda życzymy, by dotychczasowa przeszłość Zgromadzenia i jej ukoronowanie aktem beatyfikacyjnym były zachętą do dalszego wysiłku w realizowaniu powierzonej przez Boga misji i przekładania orędzia Ewangelii na język konkretów.
Kościołowi w Polsce życzymy, by w instytutach życia konsekrowanego tych, którzy przyjmą słowo Chrystusa, zaufają Mu i wypłyną na głębię (coraz lepiej realizował swoją zbawczą misję).



Kliknij poniżej, aby wejść na stronę główną Serwisu Informacyjnego
Wejście na stronę główną Serwisu Informacyjnego